poniedziałek, 16 marca 2015

Australijskie rodeo czyli kozaczki i kapelusze górą!

Wyjeżdżając z parku narodowego natknęliśmy się na interesujący znak z napisem ‘Siberia’. 



Pierwsze co przyszło mi to głowy to to, że ktoś musiał czuć się w tym miejscu naprawdę zimno i dlatego nazwą nawiązał do wiecznie zimnej Syberii. Jak się później okazało, ludzie, którzy pracowali przy budowie infrastruktury w Snowy Mountains (drogi, tunele, skupiska wodne) zdawali się tak właśnie myśleć. No cóż, skoro delikatnie minusowe temperatury takie jak -5 są w stanie komuś tak dać w kość to może niech oni nie jadą na Syberię bo nie uwierzą jak może być zimno… 

Przemieszczaliśmy się z zimnych gór w stronę upalnego Sydney. Widoki po drodze były piękne, z ulgą jednak oddalaliśmy się od gór, które dały nam w kość w ciągu ostatnich dwóch tygodni. 



Z godziny na godzinę było coraz cieplej, aż w końcu z grubych spodni i swetra zmieniłam strój na szorty i koszulkę. Po drodze do domu mieliśmy zaplanowany kilkugodzinny pobyt w miasteczku Tumbarumba. Już dla samej nazwy warto się tam zatrzymać. Od wielu już lat odbywało się tam rodeo, które stanowiło jedną z największych atrakcji w skali roku dla mieszkańców tego zakątka NSW. Nigdy wcześniej nie miałam przyjemności oglądania tego widowiska na żywo, wyczekiwałam więc z niecierpliwością na to co ma się wydarzyć. Prawie jak w Texasie w USA. 

Dojechaliśmy na miejsce, nie wiedzieliśmy jednak dokąd mamy się udać by zobaczyć rodeo (na stronie internetowej nie podali adresu ani godziny). Postanowiłam więc podejść do pani siedzącej w budce z napisem ‘ informacja turystyczna’ (swoją drogą to zabawne, że w miasteczku, gdzie mieszka tylko 1, 5 tys ludzi mają taką instytucję). Pani z niesamowicie mocnym akcentem charakterystyczny dla ludzi spoza miasta na wieść o tym, że jesteśmy z Sydney i przyjechaliśmy zobaczyć ich wspaniałe rodeo uśmiechnęła się i zaczęła mi dziękować, że zechcieliśmy pofatygować się taki kawał drogi z Sydney (500 km). Nie chciałam już tej starszej pani wyprowadzać z błędu mówiąc, że to po drodze ze Snowy Mountains, co ja tam będę jej humor psuć, niech myśli, że mają tu nie tylko lokalną atrakcję…wywiedziałam się gdzie jechać i po 3 minutach dotarliśmy na miejsce. Wystarczyło jechać za idącymi ludźmi w kowbojskich kapeluszach, wszyscy jak jeden mąż zmierzali na to noworoczne widowisko. Warto też dodać, że rodeo, czyli zmagania z człowieka z końmi, bykami i krowami to w farmerskich częściach Australii bardzo istotna część nie tylko życia codziennego, ale i bardzo popularny sport. Jest to do tego stopnia ważne wydarzenie, że co roku wybierana jest miss roku Rodeo (niestety nie podczas rodeo w Tumbarumba). 

Pora jednak wrócić do noworocznego show. Odkąd wjechaliśmy do Tumbarumba miałam wrażenie, że to jakaś australijska wersja amerykańskiego Teksasu. Mimo 35 stopniowego upału niemal każdy (zarówno mężczyźni jak i kobiety) odziany był w kowbojskie kozaczki i kapelusz. Lans rodem z prerii musi być. To jakby wejście w zupełnie innych świat, świat ludzi, dla których życie na farmach i zajmowanie się bydłem , końmi i innymi zwierzętami to chleb powszedni. Jak się później dowiedziałam od moich australijskich znajomych to nie jest tak, że oni się tak poubierali specjalnie na rodeo. Oni wyglądają tak codziennie, to ich strój do pracy na farmie a nie tylko przebranie, jak u nas krakowiaków czy górali. Oczywiście, można było spotkać nie tylko zwykłe brązowe kapelusze – całe mnóstwo tych kolorowych (różowy szczególnie popularny wśród kobiet). Moda bardzo ciekawa, tak inna od tego co widać w dużych australijskich miastach. 





Gdy już przyzwyczaiłam się do ludzi w kapeluszach i kozaczkach z zainteresowaniem zaczęłam rozglądać się co ciekawego dzieje się wokół mnie. Prócz najważniejszej atrakcji jaką był oczywiście samo rodeo można było znaleźć mnóstwo stoisk z najróżniejszymi rzeczami – stoiska gastronomiczne, budka z piwem, małe przenośne sklepiki (jakby ktoś chciał kupić kolejny kapelusz lub kozaczki firmy Akubra), strzelanie z plastikowych pistoletów i mnóstwo innych. Klimat trochę na kształt festynów osiedlowych w mniejszych miastach. Upał, kurz, piwo, spragniony atrakcji tłum. Pora jednak skupić się na tym najważniejszym, czyli rodeo. W Australii jest ich cała masa, tym niemniej rodeo w Tumbarumba jest jedynym, które odbywa się rok w rok już przez 68 lat. Podkreśla się zaangażowanie lokalnych rodzin farmerskich, dla których jest to wspaniała tradycja warta pielęgnacji. Konkurencji, w których zmagali się ze sobą uczestnicy było całe mnóstwo. Oto kilka przykładowych zawodów– typowo australijski campdrafting (kowboj ścigający się z krową), buckjumping (skoki przez przeszkody), bull riding (próba pozostaniu na byku jak najdłużej się da), bareback riding (ujeżdżanie konia bez siodła), barrel racing (próba pokonania trasy wokół ustawionych beczek – okrążenia etc.) i wiele innych. Wszystkie konkurencje cieszyły się wielką popularnością. Ów sport to według wielu nie tylko zmagania zawodników ze zwierzętami, ale również wspaniałe widowisko, pewnego rodzaju show. Faktycznie, po liczbie spadających zawodników z koni czy byków to faktycznie nie jest chyba łatwy sport…I chyba bardziej urazowy niż hokey. Największym powodzeniem cieszyły się zawody ujeżdżania byka – widok był niesamowity. 











Po kilku godzinach z końmi, bykami i kowbojami uznaliśmy, że wystarczy nam atrakcji na jeden dzień. Otrzepaliśmy się z kurzu, wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy w drogę do domu, do Sydney. Nie kupiliśmy kapeluszy i kozaczków.

wtorek, 24 lutego 2015

Kosciszko Mountain - wędrówka na najwyższy szczyt Australii



Po małym trekkingu przyszedł czas na duży. Tak więc dnia kolejnego, który był ostatni dniem roku 2014 wybraliśmy się na najwyższy szczyt Australii (aż 2228 m n.p.m), czyli Kościuszko Mountain, a w skrócie ‘Mt Kozzie’. 

Z nazwą wiąże się kilka ciekawych i zabawnych historii. Po pierwsze, gdy oznajmiłam moim nie polskojęzycznym znajomym, że jadę zdobywać Kościuszko, patrzyli na mnie i pytali: Co? Gdzie jedziesz? Nieco zdezorientowana powtarzałam kilka razy gdzie jadę a tu wciąż zdziwione twarze... Dopiero po chwili okazało się, że dla nich niezrozumiała była moja wymowa tego nazwiska. W Australii wymawia się je bowiem ‘kozijosko’. I wyszło na to, że by być zrozumianym w tej części świata musiałam nauczyć się wymawiać polskie nazwisko po ichniemu. Brzmi kompletnie nienaturalnie, i wymawiane tak, jakby miało się kłopoty ze zgryzem lub ubytki znaczne w uzębieniu, więc przez kilka dni zupełnie nie mogłam się przyzwyczaić, no ale co zrobić, trzeba sobie jakoś radzić ;)

Nazwa polskiego generała pojawiła się w Australii za sprawą słynnego podróżnika i odkrywcy Edmunda Strzeleckiego, który to w 1840 roku zdobył najwyższy szczyt Down Under. W tamtym czasie nazwisko polskiego przywódcy wojny o niepodległość w Stanach Zjednoczonych kojarzone było z idami wolnościowymi, toteż nazwa pasowała do nowo odkrytego kontynentu idealnie. Później otaczający górę park narodowy przybrał nazwę Kosciuszko National Park. Przez wiele lat trudności odnosiły się tylko do wymowy, nikt nie kwestionował prawowitości nazwy góry. Aż do roku 2000, kiedy to burmistrz miasta Tumbarumba zakwestionował ‘australijskość’ nazwy proponując by zmienić ją na ‘coś bardziej australijskiego’. Wywołało to burzę w mediach, w dyskusję włączyły się organizacje polonijne broniące nazwy i społeczności aborygeńskie pragnące nadać górze nazwę wywodzącą się od pierwszych mieszkańców tego kontynentu. Protesty Aborygenów wpisane były w silny trend zmian nazw angielskich symbolizujących europejski kolonializm na tradycyjnie aborygeńskie. Czołowym przykładem jest zmiana świętej góry Aborygenów z Ayers Rock na Uluru. Spór zakończył wraz z przyłączeniem terenu Parku Narodowego do Listy Dziedzictwa Narodowego. Nazwa pozostała, co oznacza, iż Australijczycy dalej muszą sobie łamać język próbując wymówić polskie nazwisko;) 



Wracając do naszej podróży – zgodnie z zapowiedzią Pani przy wyciągu na szczycie była zawrotna temperatura plus 5 stopni. Szlak wynosił 13 km, więc marsz zając miał nam mniej więcej 6-7 godzin (w dwie strony). Tym razem wędrówka była dużo przyjemniejsza – cieplej, mniej wietrznie. Przyznam, że trochę za ciepło było mi w tym zimowym przebraniu, no ale co zrobić, ściągnąć i dźwigać w górach, schować w krzakach? To już lepiej się pomęczyć i iść…Z uwagi na dobrą pogodę było znaczniej więcej ludzi niż dnia poprzedniego (w tym biegające dzieci, które majtały się pod nogami). Nie było już więc tej ciszy, ale za to widoki były przepiękne, powietrze przyjemne i rześkie. Wszędzie małe potoczki, rzeka, bajeczne klify, gdzieniegdzie pozostałości śniegu, niesamowita roślinność i wspaniałe jezioro Cootapatamba. Większość ludzi udawała się tylko do punku widokowego (2h marszu w dwie strony), my postanowiliśmy dzielnie dojść na samą górę. Przyjemnie było wspiąć się na szczyt Kosciuszki i zobaczyć świat z perspektywy najwyższego wzniesienia w tej części świata. Mimo zmęczenia udało się. Wróciliśmy do Thredbo popołudniu, zjedliśmy przepyszną pizzę i zaopatrzeni w zapas alkoholowy (toż to sylwester!) pojechaliśmy do naszego namiotowego domku. Zmęczenie jednak dało nam się we znaki, bo nawet nie doczekaliśmy godziny 24, padliśmy jak dzieci spać już o 22…Cóż, oby nie sprawdziło się powiedzenie, że jaki sylwester taki cały rok! 







W kolejnym poście o noworocznym Rodeo w kowbojskim miasteczku Tumbarumba.

Nim przejdziemy do rodeo interesujace zdjecie pocztowki - kangury i snieg! ;)


poniedziałek, 9 lutego 2015

Górskie miasteczko Thredbo i wyprawa szlakiem Dead Horse Gap




Noc była niełatwa. Budziliśmy się wiele razy, Próbowaliśmy nałożyć na siebie więcej warstw ale niestety nic nie pomagało. Temperatura wynosiła zaledwie 2 stopnie. Gdy nie jest się na takie temperatury przygotowanym trudno sobie z tym poradzić, mogłam się co najwyżej jeszcze ubrać w namiot albo w worki na śmieci. Wiedziałam co prawda, że jadę w miejsce, gdzie będzie chłodno, ale spodziewałam się minimum 8-10 stopni w nocy (tak mi powiedział wujek Google) a tutaj niemalże 0… Nie tak miały wyglądać te wakacje. Mój nastrój pogorszył się gdy udało mi się złapać zasięg i telefon powiedział mi, że aktualnie w Sydney jest 32 stopnie. No nie ma co, urządziliśmy sobie świetną wycieczkę. By poprawić morale zgodnie z planem wybraliśmy się do miasteczka Thredbo, które oddalone było tylko 20 min od naszego kempingu. 

Thredbo, z zawrotną populacją około 480 osób, to miasteczko, które niegdyś żyło tylko w zimie. W lecie było martwe aż do kilku lat wstecz (5, 6 lat temu), wtedy władze tego regionu postanowiły uatrakcyjnić miasteczko i sprowadzić turystów również poza sezonem narciarskim. A jest tu wiele atrakcji - wspaniałe szlaki górskie do chodzenia i wspinania się, festiwale (bluesowy, piwny etc.) i bardzo popularne wśród młodzieży – kolarstwo górskie (głównie widać tu rowery MTB). Gdy przechadzaliśmy się po centrum miasteczka znaleźliśmy kilka dobrych kafejek i restauracji, wyciągi krzesełkowe, muzeum narciarstwa z okolic Thredbo i kilka sklepów. Nic wielkiego, ale przyjemny klimat, taka trochę mniejsza Szklarska Poręba latem. 

Po krótkim rekonesansie i śniadaniu postanowiliśmy wybrać się na naszą pierwszą wycieczkę. Udaliśmy się do puntu zakupu biletów na wyciąg. Planowaliśmy zdobyć Kosciuszko Mountain a w kolejne dni odwiedzić mniejsze szlaki. Okazało się jednak, że na szczycie Kosciuszko było….-10. Nie, to nie żarty, temperatura – 10. W tej sytuacji zmieniliśmy plan, wybraliśmy inną trasę, gdzie temperatura wynosiła tylko -3. Powiedziano nam bowiem, że dnia kolejnego mają być na szycie temperatury w okolicach 0, może nawet plusowe, więc skoro możemy przełożyć naszą wędrówkę to powinniśmy tak zrobić. Dodatkowo, wypożyczyliśmy ubrania narciarskie by jakoś przeżyć te -3. Wyglądaliśmy komicznie – niby środek lata australijskiego a my paradowaliśmy w puchówkach przygotowani jak ekipa poszukująca bałwana.



Porządnie zaopatrzeni wyruszyliśmy w nieznane. 



Najpierw przejechaliśmy się kawałek wyciągiem krzesełkowym (wiało jak diabli), następnie zaczęliśmy się wspinać. Pierwsze, co nas uderzyło, to siła wiatru. Było tak niesamowicie wietrznie, że po 3 minutach obydwoje zawahaliśmy się czy iść dalej. Uznaliśmy jednak, że spróbujemy, choć nasz trekking nie należał do przyjemnych. Ja plułam sobie w brodę, że wybrałam takie miejsce na letnie wakacje. To po to żeśmy taki kawał jechali by marznąć gdzieś w górach? Przecież mogliśmy teraz nurkować na rafie, albo jeździć na nartach wodnych. A tutaj, co najwyżej byliśmy ubrani ale jak na narty na śniegu. Potem śmiałam się, że skoro ja mam tu -3, to to nawet zimniej niż w Polsce w środku zimy. Sprawdziłam bowiem potem temperatury i okazało się, że w tym czasie we Wroclawiu było 5 stopni na plusie. Cóż… Humor poprawił mi się, gdy zobaczyłam otaczające mnie widoki – pustka i piękno natury. Cisza, słychać tylko wiatr, widać kłębiste chmury, mgła. Kolory surowe, zieleń, biel, szarość. Mimo zimna byłam zachwycona miejscem – ascetyczny obraz jak gdzieś na końcu świata. Poezja.





Szlak nazywał się Dead Horse Gap – to miejsce, gdzie często odbywają się różne zawody konne. Czasem zdarza się, że któryś z nich ginie. Nazwa oddaje cześć koniom, którym nie udało się przezwyciężyć gór.







Marsz miał być 3 godzinny, ale pomyliliśmy trasy i nasza wędrówka zamieniła się w 6 godzinny trekking. Warto było, bo widoki wspaniałe, ale przyznam, że wymarzłam się porządnie i jedyne o czym marzyłam to o kubku ciepłej herbaty.

O dalszej wyprawie i o zdobywaniu najwyższego szczytu Australii w kolejnym poście!

wtorek, 20 stycznia 2015

W drodze na najwyższy szczyt w kontynentu– Australijskie Alpy


Australijskie Aply są częścią ponad 3, 5 tys kilometrowego pasma górskiego (Great Dividing Range) ciągnącego się od stanu Queensland aż po stan Victoria. Częścią tego łańcucha górskiego są właśnie Aply Australijskie, gdzie usytuowany jest najwyższy szczyt kontynentu i opisywane już wcześniej góry błękitne (Blue Mountains) niedaleko Sydney.
Droga do Australijskich Alp jest spektakularna. Po nudnawej Canberze było to przyjemne zaskoczenie. A zmierzaliśmy nie byle gdzie, bo do Snowy Mountains, czyli jak sama nazwa wskazuje, do miejsca, gdzie można jeździć w zimie na nartach. Tak tak, nawet w Australii temperatury potrafią spadać poniżej zera (nie tylko w zimie), pada śnieg a fani sportów zimowych kochają ten region. W okresie letnim można trochę odetchnąć tu od upałów sydneyskich, rozbić się z namiotem w parkach narodowych, pochodzić po pięknych szlakach i zdobyć najwyższy szczyt Australii, czyli Kosciuszko Mountain.

Droga z Canberry do Snowy Mountains obfituje w naprawdę nieziemskie widoki – trochę jakbyśmy zmierzali w kierunku innej planety. Te skały i drzewa, nie mogłam przestać fotografować tych obrazków jak z pocztówki.






Pierwszym ‘większym’ przystankiem było Jindabyne, jedno z wyżej usytuowanych miasteczek australijskich (populacja to zawrotne niecałe 1800 osób). Bardzo popularny kierunek dla turystów w zimie – blisko jest bowiem stamtąd do tras narciarskich w Parkach Narodowych w Australijskich Alpach, szczególnie do Kosciuszko National Park. Małe miasteczko, które odżywa w sezonie zimowym, w lecie jest spokojne i senne, nie dzieje się tam wiele. Można połowić ryby, pojeździć na koniach, odbyć wine tasting. Miejsce przyjemne, ale niezwykle senne - w sezonie letnim przypomina trochę takie ‘ghost city’. Co ciekawe, pierwotnie miasto znajdywało się pod spektakularnym jeziorem. W latach 60-tych postanowiono przeorganizować system irygacyjny w tym regionie (projekt nazywa się Snowy Mountains Scheme) , aby móc dostarczać więcej wody dla stanów New South Wales, Victoria i Australian Capital Territory. Miasto więc trzeba było przenieść wyżej, natomiast to, co kiedyś było oryginalnym Jindabyne zmieniło się w ogromne jezioro. Więcej na temat tego projektu tutaj: http://en.wikipedia.org/wiki/Snowy_Mountains_Scheme


Byliśmy już blisko. Czuć już było inne powietrze, takie górskie, rześkie. I faktycznie, po pół godzinie byliśmy już ‘u wrót’ Kosciuszko National Park. 



Wybraliśmy ten region alp australijskich z dwóch względów – po pierwsze planowaliśmy zdobyć najwyższy szczyt Australii, po drugie dlatego, że zarówno park narodowy jak i szczyt mają polską nazwę – Kosciuszko.
Postanowiliśmy rozbić się w okolicach górskiego miasteczka Thredbo położonego na wysokości ponad 1300 metrów nad poziom morza. Dotarliśmy tam popołudniu, było wciąż ciepło, toteż zafundowaliśmy sobie kąpiel w lodowatej rzece a zwiedzanie miasteczka i wycieczki górskie zostawiliśmy na dzień kolejny. Po kilku godzinach, gdy zaszło słońce, temperatura z 22 gwałtownie spadła do zaledwie 10 stopni. Rozpaliliśmy ognisko, wyciągnęliśmy wino, przygotowaliśmy ciepłe ubrania - wiedzieliśmy już, że czeka nas chłodna noc.

O tym jak minęła noc w najzimniejszym miejscu na kontynencie i o dalszych górskich wycieczkach w kolejnym poście!

środa, 7 stycznia 2015

Canberra – najnudniejsza australijska dziura


Od dłuższego czasu zamierzałam się tam wybrać, brakowało jednak motywacji, bo z każdej strony słychać było tylko narzekania i lament, że tam nic nie ma, ot takie sterylne miasto ze sztucznymi jeziorami, w której jedyną atrakcją jest parlament (też mi atrakcja) i muzea. Chciałam jednak tej nudy doświadczyć na własnej skórze tym bardziej, że to niecałe 300 km od Sydney. Nadarzyła się więc wspaniała okazja – przerwę świąteczno-noworoczną zaplanowaliśmy spędzić w australijskich alpach tak więc stolica Down Under była nam po drodze. 




Droga do stolicy była całkiem przyjemna, ale w związku z tym, że dotarliśmy tam porą wieczorową postanowiliśmy przejechać miasto (niestety spałam, więc ominęła mnie atrakcja pod tytułem ‘Canberra nocą’) i rozbić się na campingu w Murrumbidgee River Corridor. Piękne miejsce, spokój, rzeka, tak więc zafundowaliśmy sobie wieczór i poranek z widokiem. 





Wczesnym rankiem wybraliśmy się na podbój miasta. I to miasta nie byle jakiego, bo przecież ocenionego przez OECD jako ‘najlepsze miejsce do życia na świecie’ http://www.bbc.com/news/business-29531850. Ponoć najlepsze pod względem jakości życia, dostępności pracy, wysokości zarobków, bezpieczeństwa, edukacji, możliwości rozwoju.
Już od pierwszego wejrzenia uderzyła mnie symetria panująca w tym mieście – wszystko perfekcyjnie zaplanowane - niesamowicie szerokie ulice, równo posadzone drzewa, symetrycznie poustawiane ławki. Jak w takim idealnym mieście, którego architektem był zapewne Niemiec z zamiłowaniem do ordung.
Canberra, jako jedyne miasto australijskie powstała ‘z niczego’. Gdy Melbourne i Sydney nie mogły dogadać się ze sobą, któremu miastu przypadnie palma pierwszeństwa i które zostanie ogłoszone stolicą postanowiono administracyjne miasto pośrodku (co by każde miasto miało równą odległość). Według jednej z teorii etymologia nazwy Canberra wywodzi się z jednego z języków aborygeńskich i oznacza ‘miejsce spotkań’. Jak by nie było nazwa idealna dla nowonarodzonego miasta. Canberra została zaprojektowana przez amerykańską parę architektów -Walter Burley Griffin i Marion Mahony Griffin. Budowa ruszyła w 1913 roku. 

Parlament australijski

Stary budynek parlamentu



'Idealnie' symetrria wszystkiego, nawet w ogrodach 

Dziś w Canberrze mieszka zaledwie 380 tysięcy mieszkańców. To centrum administracyjne Australii, w którym mieszkają głównie parlamentarzyści i biurokraci. Zabawne, że większość polityków woli mieszkać w Sydney (w tym premier rządu Tonny Abbott) i przylatywać do Canberry tylko wtedy, gdy to konieczne. Jest to miasto, które zostało idealnie zaprojektowane pod względem funkcjonalności i potrzeb mieszkańców (w Canberrze nie ma korków. Jedynym wyjątkiem są piątkowe popołudnia, gdy ludzie uciekają na weekend do Sydney). Przechadzając się jednak po stolicy odnosi się nieodparte wrażenie, że to miejsce zostało zaprojektowane tak trochę dla idei miasta a nie dla jego mieszkańców, tzn. niby wszystko tam jest, ale nikt nie chce tam mieszkać…dlaczego? Bo jest nudno, nic się nie dzieje i większość ludzi uważa to miejsce za ‘karniaka’. Nie ma się poczucia, że to miasto rozwijało się organicznie, od razu czuć brak klimatu. Nie ma ciekawych sąsiedztw jak w Sydney (Glebe, Leichardt, Darlinghurst etc.), nie ma różnorodności, wszystko jest takie same, zaprojektowane równo od linijki. Niekończące się ronda, które doprowadzają do szału, uderzająca sterylność i ten brak jakiejkolwiek atmosfery, jakiejś tożsamości miasta. Z tym wszystkim muszą zmierzyć się jego mieszkańcy. Wielu z nich narzeka, ale są tacy, którym to odpowiada. Zwracają uwagę na to, że to wspaniałe miejsce dla rodzin z dziećmi – spokój, bezpiecznie no i te zarobki. Na korzyść Canberry należy przyznać, że ów miasto ma wspaniałe trasy rowerowe dla rowerzystów - to zdecydowanie najbardziej przyjazne australijskie miasto dla cyklistów (W Sydney gdy jeżdżę na rowerze nie raz zdarza mi się usłyszeć za sobą ‘move faster, fucking cyclist!). Ponadto, jak można przeczytać na stronie internetowej ‘we offer outdoors unlike any other city’ co jest prawdą – w okolicy piękne góry, jeziora, wodospady i te niekończące się trasy rowerowe i trasy wspinaczkowe. 




                                                          Okolice Canberry

Dodatkowym atutem są muzea i galerie. Niestety nie miałam zbyt wiele czasu na zwiedzenie wszystkiego, ale udało mi się odwiedzić słynne Australian War Memorial (dla zainteresowanych link http://www.awm.gov.au/). To muzeum poświęcone historii wojennej Australii. Wszystko byłoby super, tyle, że autorowi przyświecała chyba idea ‘dzieła totalnego’ i w dość zniechęcający sposób skupiono się na faktografii i przywiązaniu do szczegółów. Dla przeciętnego zwiedzającego jest to zdecydowanie zbyt duża ilość informacji i po krótkim czasie nudzi, no, chyba, że ktoś jest zaciętym fanem historii militarnej, to ma tam czego szukać. Ja po dwóch godzinach byłam raczej zmęczona i rozczarowana, że wszystko wrzucono w jeden worek i nie wysilono się by ów tematykę w jakikolwiek sposób uatrakcyjnić. No cóż, jak ma być nudno, to gdzie jak nie w najnudniejszym mieście w Australii? Powiem tak – nie polecam, no chyba, że ktoś na własnej skórze koniecznie chce przekonać się co oznacza nuda!


War Memorial Museum



A mówili, że kangury można zobaczyć tylko w Australii, a tu proszę - były też w Egipcie co uwiecznione jest na zdjęciu z tegoż muzeum! ;)

środa, 26 listopada 2014

Cockatoo Island, czyli gdzie schronić się przed upałem sydnejskim



Gdy w Sydney zaczyna robić się za gorąco, przyjemnie jest wskoczyć na prom i uciec na małą wyspę w pobliżu miasta. Owo miejsce nazywa się Cockatoo Island - by tam dotrzeć wystarczy złapać prom na stacji Circular Quay lub Darling Harbour i już w ciągu 10 minut jesteśmy na miejscu. Nim pojechałam na Cockatoo wiedziałam tylko, że była to niegdyś kolonia karna dla zesłańców z Europy (wspomina się głównie o Norfolk Island). Jak się okazało, od końca XIX wieku była to największa w Australii stocznia a następnie placówka, gdzie konstruowano i naprawiano statki (szczególnie w okresie pierwszej i drugiej wojny światowej). Dla zainteresowanych historią wysypy więcej na ten temat w poniższym linku:
http://www.cockatooisland.gov.au/about/history





Ogromne wrażenie zrobiły na mnie pozostałości po wielkich halach produkcyjnych, fragmenty statków, dźwigów, wysięgników. Klimat wyspy jest taki trochę postindustrialny – zardzewiałe maszyny, wielkie hale, skały, palmy, szum oceanu i to niemalże wszechobecne gdakanie mew, jakby przypominające wersy z Koheleta: wszystko przemija. I to wszystko ze wspaniałym widokiem na most i Balmain (jedna z dzielnic Sydney). 




Na wyspie nie mieszka nikt, ale oczywiście pomyślano o turystach i niesamowitą popularnością cieszy się kamping na wyspie. Co ciekawe, za kawałek miejsca na ziemi i namiot płacimy aż $150 (wersja droższa) i $99 (wersja tańsza). Cóż…cenią się cenią, pewnie dlatego, że od 2010 wpisano ich na listę UNESCO (World Heritage Site). Jest też wersja luksusowa – Heritage Holiday House (przyznam, że nie prezentował się najlepiej) za $895 za noc…podziwiam ludzi, którzy płacą takie pieniądze na bardzo średnie warunki tylko po to, by przespać się na ‘słynnej wyspie’.



Jest też oczywiście pub, który ma klimat ‘tropikalnej imprezowni’ – leżaczki, palmy i wspaniały widok na Harbour Bridge. 



Na wyspie obecnie organizuje się różnorakie wydarzenia kulturalne (od słynnego Biennale Sydney aż po zwyczajne warsztaty fotograficzne etc.) Można też zarezerwować sobie to miejsce na ślub, konferencje, imprezę świąteczną…dla każdego coś się znajdzie.
Przyznam, że przyjemnie w taki upalny dzień było wybrać się do miejsca, gdzie wiało niesamowicie (nie wiem, czy to taki dzień był, czy zawsze tak zawiewa, ale ochłoda była wspaniała) i gdzie można popijać drinki z palemką z widokiem na Sydney. Trzeba tylko pamiętać by się nie zasiedzieć i by zdążyć na ostatni prom bo inaczej to kłopot jest…