czwartek, 30 października 2014

Weekendowe wyjazdy poza Sydney. W raju z kangurami - Morisset Park


Mieszkając w Australii raczej nie da się nie zobaczyć kangurów. To tak jakby mieszkać w Polsce i nie widzieć gołębia albo kota. W Australii kangurów jest i sporo na polanach, w parkach, lasach, farmach. Zwykle jednak nie bardzo da się je pogłaskać i zrobić sobie z nimi słodką fotkę.
Wiele razy więc podczas moich podróży widziałam skaczące kangury w środowisku naturalnym i te w Zoo. Nie miałam jednak okazji pojechać w miejsce, gdzie można je karmić, pogłaskać i ewentualnie poskakać z nimi. To zabawne, jak dla nas Europejczyków to szczyt egzotyka, a dla wielu Australijczyków to zwierzę jak każde inne, na dodatek trochę szkodnik… I gdy podekscytowana tłumaczyłam moim znajomym Aussie jak to udało mi się zobaczyć kangura to oni tylko pukali się w czoło i mówili – gdy mieszka się trochę dalej od city to te skaczące jak na sprężynach cholery pałętają się po farmie i ogrodzie…czym tu się ekscytować? No cóż, ja bym się pewnie też nie podniecała królikiem polskim, kozą czy kurą…

Ale wracając do kangurów. Najpierw wybrałam się do Blactown Wildlife http://www.featherdale.com.au/, gdzie można było zobaczyć wombaty, koale, kangury, diabły tasmańskie. Nakarmiłam wallabies, pogłaskałam kangury. Przeżycie było naprawę przyjemne, prócz oglądania pięknych zwierzątek można było posłuchać kilka pogadanek na ich temat, porobić zdjęcia. Naprawdę warto wybrać się w to miejsce – to tylko 40 min od centrum Sydney, a mamy gwarancję obcowania ze zwierzętami niemal cały dzień, nie ma tam wielkiego napływu turystów, to zupełnie inne przeżycie niż wizyta w Zoo.

Pobyt w Blacktown był naprawdę przyjemny, tym niemniej wciąż miałam niedosyt australijskiej zwierzyny. Marzyło mi się, by pojechać w miejsce, gdzie kangury nie są nigdzie trzymane, gdzie można zobaczyć je w środowisku naturalnym. I usłyszałam o miejscu niedaleko Sydney gdzie można je zobaczyć.

Polecono pojechać mi do Morisset Park, który jest położony przy jeziorze Macquarie i jest oddalony mniej więcej 100km na północ od Sydney. Dojazd tam komunikacją miejską pochłania sporo czasu (jakieś 3, 5 h w jedna stronę), postanowiliśmy więc wybrać się tam samochodem (około 1, 45 min autem). Mieliśmy drobne problemy ze znalezieniem tego miejsca, ale udało się. Dotarliśmy na miejsce (co zabawne, okazało się, że tuż obok znajduje się wielki szpital psychiatryczny). W związku z tym, że pojawiliśmy się tam koło południa, wszystko wskazywało na to, że kangury pochowały się przed słońcem (wiosna, a już mamy ponad 27 stopni). Już zaczęłam rozpaczać i narzekać, że cały wyjazd na marne…wystarczyło jednak pojeździć trochę i okazało się, że zwierzęta wylegiwały się spokojnie w cieniu, kilka z nich nawet przebiegło nam przez drogę. Wysiedliśmy z samochodu i ostrożnie zaczęliśmy iść w kierunku kangurów. Te niezrażone (zwykle dość szybko uciekają) czekały na nas, jak gdyby było to zupełnie normalne dla nich obcować z ludźmi. Gdy tylko wyciągnęliśmy z torby owoce te już bez zbędnych ceregieli dały się głaskać, karmić i robić zdjęcia. 








To było właśnie to! W końcu znaleźć je na dziko, niepilnowane przez nikogo, wylegujące się z małymi pod drzewem… Nasze kangury były bardzo przyjacielskie. Te z małymi w torbie były nieco ostrożniejsze, trzymały się na dystans, ale wiele z nich śmiało wyjadało nasze owocowe rarytasy. Gdy już odjeżdżaliśmy, jeden nawet chciał nam włazić do samochodu gdy zobaczył jedzenie…





Zdecydowanie warto pojechać tam na jednodniową wycieczkę (lepiej z wycieczką niż przymusowo do szpitala psychiatrycznego) by zobaczyć kangury, zrobić sobie przyjemny piknik nad jeziorem i być może natknąć się na kilku spacerowiczów ze szpitala psychiatrycznego…


poniedziałek, 1 września 2014

Weekendowe wyjazdy poza Sydney – część druga Blue Mountains

Kolejne miejsce blisko Sydney, w które warto się wybrać. To tylko 2h drogi pociągiem na zachód (ponad godzinka autem). Jadąc pociągiem wysiadamy albo w Leura albo w Katoomba – w zależności od tego co planujemy zwiedzać. A jest tam co robić – wspaniałe trasy do chodzenia po górach, nawet wspinaczka, wodospady, jaskinie i miejsca piknikowe. Dodatkową zaletą tego miejsca jest to, że prócz słynnego lookout ‘Echo Point’ nie widzimy na naszej drodze zbyt wielu turystów (tak tak, znów te autokary z Azjatami i ich sprzętami fotograficznymi), bo w tej przestrzeni to się wszystko zgrabnie gubi. Jeśli więc chcemy ciszę i spokój to z pewnością znajdziemy to w Górach Błękitnych. 






Góry Błękitne swoja nazwę zawdzięczają eukaliptusom wytwarzającym olejki, które tworzą niebieskawą powłokę unoszącą się nad górami kreując złudzenie, iż góry mają odcień niebieski. To naprawdę bardzo przyjemna odskocznia od miasta – góry, zieleń i spokój. Na dodatek błękitna poświata nad tym wszystkim. Góry błękitne znajdują się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Powierzchnia całego parku narodowego to ponad 11,000 km 2. Co ciekawe, to jedyne miejsce tak blisko Sydney (prócz Snowy Mountains) gdzie w zimie zdarzają się opady śniegu (ciekawe czy śnieg ma błękitny odcień?). W związku z tym popularna w całej Australii tradycja ‘Christmas in July’ – czyli świąteczne kolacje i choinki w lipcu, staje się pewnie bardziej uzasadniona.

Wracając jednak do Blue Mountains - najpopularniejszą atrakcją są oczywiście Three Sisters, czyli trzy siostry widoczne m.in. z Echo Point (dlatego jest tam tak tłoczno). Można zejść na sam dół po schodach do jednej z sióstr. Schodzi się po tych stromych schodach całkiem fajnie, ale wchodzi już trochę gorzej… Te trzy sąsiadujące ze sobą szczyty skalne, liczą kolejno 922, 918 i 906 metrów wysokości, Aborygeńska legenda głosi, iż są to zaklęte w skały trzy młode siostry odznaczające się niezwykłą urodą: Meehi, Wilmah i Gunnedoo, pochodzące z plemienia Katoomba. Ojciec chcąc ochronić córki przed potworem zaklął je w skały. I tak już zostały. 

Prócz trzech sióstr godne polecenia są wodospady. Jest ich dość sporo, ale szczególnie warte obejrzenia są Wenworth Falls - naprawdę robią wrażenie! 





Miasteczko Leura (wymawia się ‘lura’ co brzmi dość zabawnie z języku polskim) też ma do zaoferowania wodospady (Leura Cascades). Prócz tego jednak sporo małych kawiarni i restauracji oraz przepiękne ogrody Everglades Gardens, które to są połączeniem stylu europejskiego (tradycyjne królwskie ogrody europejskie) z australijskim (bushland). 

Będąc w okolicy koniecznie należy wybrać się do Jenolan Caves – to jedne z najstarszych na świecie jaskiń wapiennych. Ich powierzchnia jest ogromna – to ponad 25 km2. Datowane są na 340 milionów lat. Widok w środku jest wspaniały, szczególnie polecam nocną wycieczkę z przewodnikiem – niesamowite oświetlenie w środku i krajobraz niemal surrealistyczny. Przepiękne. 




http://www.jenolancaves.org.au/ Jenolan Caves, Blue Mountains, NSW, Australia - official site www.jenolancaves.org.au

Jenolan Caves, Blue Mountains, NSW, Australia - official site
www.jenolancaves.org.au

czwartek, 14 sierpnia 2014

Weekendowe wyjazdy poza Sydney – część pierwsza: Hunter Valley



Gdzie jechać na weekendowy wypad poza Sydney? To pytanie, które często sobie zadaję. W końcu mamy chwilę wolnego. Tak wiem, w samym Sydney sporo atrakcji takich jak wspaniałe plaże, parki, niemal wieczne słońce…no tak, ale ile można siedzieć w mieście? Ile można gapić się na tę Operę i most… Polecam kilka miejsc, które są oddalone ok. 2 h drogi od Sydney i które zdecydowanie warto odwiedzić by trochę odetchnąć od zgiełku miasta. Na początek Hunter Valley - niecałe dwie godziny drogi w kierunku północy. Jeśli lubimy wino, sery i sielskie klimaty to jest to idealne miejsce by uciec poza Sydney na weekend (kto tego nie lubi powinien przemyśleć swoje życie, prawdopodobnie omija go coś wyjątkowego).

‘Centrum’ tego regionu to Pokolbin i Cessnock – to tam możemy zobaczyć olbrzymie winiarnie – wszędzie pięknie zielono i przestrzennie. Dość sporo jednak tu turystów – całe autokary wypchane Azjatami fotografujących wszystko co tylko możliwe, trochę to irytuje. Azjaci po prostu aparatami fotograficznymi skanują rzeczywistość, zastanawia mnie potem ile czasu muszą spędzić, by przejrzeć te zdjęcia) . Ale tam, po kilku kieliszkach wina już wszystko staje się znośne, nawet Azjaci z aparatami. 

Ideą jest tzw. ‘wine tasting’ – przyjeżdżamy do winiarni (a w Hunter jest ich ponad 150), wybieramy sobie kilka win, które chcemy spróbować i tak jeździmy (a potem już chodzimy, bo nikt nie może wsiąść za kółko, potem chodzimy coraz wolniej, na końcu odpoczywamy) od jednej do drugiej winiarni smakując kolejne rodzaje win. Pijemy ile chcemy, a co najlepsze -nie musimy za to płacić, co sprawia, że po kliku godzinach nie wydając ani dolara już świat wokoło wydaję się jakby znośniejszy. Jeśli kupujemy, to naprawdę dobre wina możemy dostać w granicach $60-$150, gdzie w sklepie w Sydney kosztują one dużo, oj dużo więcej. 






A jest co próbować, bo ilość rodzajów win jest naprawdę zachwycająca - najpopularniejsze dla regionu są szczepy Semillion, Schiraz, Chardonnay, i Cabernet Sauvignon. W Hunter Valley możemy też znaleźć miejsca, gdzie produkuje się różne rodzaje serów, szczególnie popularny jest ser kozi. Jakość produktów jest doskonała, a i cena w miarę rozsądna Co tu dużo mówić – znajdziemy tam wszystko, co człowiekowi potrzebne – spokój, piękne przestrzenie, wyśmienite wino i jedzenie. Zdecydowanie polecam!





wtorek, 5 sierpnia 2014

Australijski Outback, czyli podróż po Northern Territory - część 7

Wieczór, skwar…czyli wita nas tropikalne Darwin. Szybko opuściliśmy centrum udając się w kierunku oceanu. Przedmieścia Darwin wyglądały o 18 na niemalże niezamieszkane - pusto, cicho, jak po wojnie nuklearnej, niby domy stoją, zadbane, ale nie ma życia. Tylko przejeżdżający od czasu do czasu samochód sugerował istnienie mieszkańców. Gdy dotarliśmy nad wodę oniemieliśmy – te kolory nieba były wprost nieziemskie! 




Staliśmy tak i wpatrywaliśmy się w ten zachód słońca oczarowani pięknem. Niesamowite, że za tą wodą kolejnym najbliższym dużym lądem była dopiero Azja. Tak, czyli to naprawdę jest ‘Top End’. Zwykle wieczorami odbywają się tu ‘Night Markets’, ale niestety nie w ten dzień tygodnia…a, że to był ostatni nasz wieczór w tym mieście niestety nie było nam dane w tym uczestniczyć. No nic, może to nawet lepiej, by znów wydałabym majątek na biżuterię, a tak zostanie więcej na piwo, rozsądniej i zdrowiej. Udaliśmy się więc do city, by po tych kliku dniach spędzonych w dziczy nacieszyć się cywilizacją. O ile pod wieczór było pusto (coś na kształt europejskiej siesty – popołudniami wypoczywamy, by mieć siłę na noc) o tyle w nocy było już ruchliwie. Mimo tego, iż trafiliśmy na środek tygodnia to trzeba przyznać, że jak na Australię to sporo było ludzi w knajpach – pogoda sprzyjała. Trzeba dodać, że pora sucha jest idealna do podróżowania po tej części antypodów toteż liczba przyjezdnych była dość znaczna. Abstrahując jednak od turystów - porównując to miasto do innych australijskich ‘stolic’ stanów, tutaj mamy prawdziwe tropiki, tak więc i styl życia nieco inny, jeszcze bardziej swobodny. Najbardziej podobnym miastem do Darwin (pod względem stylu życia) jest Cairns. Dość zabawnie to brzmi – Australijczycy są przecież już sami w sobie nacją bardzo zrelaksowaną i radosną, to co to dopiero znaczy, że w pewnych stanach jest się jeszcze bardziej ‘wyluzowanym’ Dość nieprzyjemnym akcentem była liczba pijanych Aborygenów wylegujących się na ulicach i żebrzących o kilka centów by mieć na zakup alkoholu. Dodatkowo, próbowali odgrywać show dla turystów, czyli dmuchali w digeridoo z nadzieją, że w ten sposób zyskają przychylność i zainteresowanie przechodzących gapiów. Wyglądało to jednak dość mizernie. Sama sobie wyobrażam, jak ciężko dmuchać w drewnianą rurę po pijaku, tak by jeszcze jakiś kontrolowany dźwięk z niej wyleciał. 

Zaplanowaliśmy, że kolejny dzień będzie dniem muzeów, odwiedzenia ogrodu botanicznego, spacerów po mieście. Początkowo (nim odbyliśmy wycieczkę do Kakadu) chcieliśmy zaliczyć zbliżenie 3go stopnia z krokodylami, tzw. ‘Death Cage’. Polega to na tym, iż zanurzamy się w specjalnej klatce pod wodę i oglądamy z bliska te zwierzęta. Zgodnie jednak uznaliśmy, że mamy ich na razie dosyć i kolejne zbliżenia nie są nam zbyt potrzebne… Gdy tylko wstaliśmy udaliśmy się więc do muzeum – ku naszemu zdziwieniu było tam naprawdę wiele interesujących rzeczy do zobaczenia. Trochę niesłusznie założyliśmy, że w australijskich tropikach, to prócz krokodyli i reliktów z huraganu Tracy to oni za bardzo nie mają co pokazać. Okazało się jednak, że kolekcja Aborygenów była niezwykle imponująca – niestety, nie pozwolono robić zdjęć, co jest w Australii praktyką dość rzadko spotykaną. Zakupiliśmy w sklepie muzealnym oryginalne outbackowe przyprawy, mydła i inne ciekawe drobiazgi. Następnie ogród botaniczny – szczerze przyznam, że nie było tam nic interesującego – ot, taki duży park – nie umywał się do tego z Cairns czy Tasmanii. 

Postanowiliśmy jeszcze zajść na plażę, która okazała się pusta - tylko takie oto znaki wszędzie porozstawiane...Nie ma się co dziwić - tutaj ludzie nie kąpią się w oceanie ;)




Na koniec podróży (wylatywaliśmy wieczorem) postanowiliśmy poszlajać się po uliczkach w nadziei, że odkryjemy jakieś ciekawe, nieturystyczne miejsca. I udało nam się odkryć kilka małych galeryjek sztuki, w której znaleźliśmy taki oto napis: 



I tym optymistycznym akcentem kończę relację z podróży po Darwin i okolicach. Czas był wracać do Sydney (gdzie padał deszcz i lało, w końcu był to środek zimy). Cóż, podróż po Northern Territory jest w tym czasie najlepsza – nie dość, że uciekamy od zimy, to jeszcze możemy zobaczyć o wiele więcej, niż miałoby to miejsce w porze deszczowej! Było pięknie, dziko i ciepło – zdecydowanie warto!

czwartek, 31 lipca 2014

Australijski Outback, czyli podróż po Northern Territory - część 6

Po wizycie w tym jednym z najsłynniejszych parków narodowych czas było wracać w końcu do Darwin. W drodze powrotnej zdecydowaliśmy się odwiedzić miasteczko Humpty Doo. Po pierwsze dlatego, że to niemalże jedyny sensowny przystanek po drodze, po drugie mój towarzysz podrózy wyczytał, że mają tam osobliwą atrakcje turystyczną – wielgachnego krokodyla (z uwagi na to, że to najczęściej występujące zwierzę w tej okolicy...niby żadna niespodzianka…). No dobra, w tej sytuacji oczywiście ‘musieliśmy’ zobaczyć to miejsce i tego krokodyla w rozmiarze XXL. Małe, zapyziałe pięciotysięczne miasteczko, które nie miało do zaoferowania nic ponad ‘Humpty Doo Hotel’ i wspomnianego wielkiego krokodyla. Cóż – popatrzyliśmy się na lokalsów (głównie wielcy mężczyźni w skórach, co w tych temperaturach wymaga nie lada poświęcenia, jestem pewna, że pod skórzanym wdziankiem produkuje się ser z potu), zjedliśmy lunch i pomknęliśmy dalej. Innym przystankiem na drodze była cała grupa papug, które beztrosko wylegiwały się w słońcu przy trasie zarówno na trawnikach jak i drzewach. Jak w awiarium. Nie mogłam sobie tego odpuścić i musiałam porobić im kilka zdjęć: 





Na trasie naszą uwagę zwróciły częste pożary – napotykaliśmy na ciągnące się na kilka metrów nieugaszony ogień. Wszędzie było też pełno dymu, smogu czuć było spaleniznę. W tych temperaturach nie ułatwia to oddychania, a i jakoś tak ma się wrażenie, że jest dużo goręcej niż byłoby normalnie…jakby ktoś jeszcze w piecu napalił. No bo jak się może czuć człowiek, gdy na dworze taka oto temperatura? 


Czemu tak dużo w tym stanie ognia? Otóż, ogień stanowił istotny element w zarządzaniu ziemią przez Aborygenów. Po pierwsze, wiele drzew potrzebuje ognia, by znów kwitnąć i pożary są w tej części Australii równie pożądane jak deszcz czy wiatr w innych częściach kontynentu. Przez tysiące lat był to naturalny proces, który stał się teraz groźny przez zmiany jakie nastąpiły w przyrodzie, rozwój miast i zmiany klimatyczne. Więcej na temat australijskich bushfires na stronie poniżej: http://www.csiro.au/Organisation-Structure/Divisions/Ecosystem-Sciences/BushfireInAustralia.aspx 





Gdy dotarliśmy do Darwin dzień miał się ku końcowi. Postanowiliśmy zameldować się w hotelu, oddać samochód i pójść na wieczorny spacer po mieście. Więcej o tym jak wygląda Darwin nocą i co robiliśmy dnia kolejnego w następnym poście!

wtorek, 22 lipca 2014

Australijski Outback, czyli podróż po Northern Territory - część 5

Rano ruszyliśmy skoro świt, przed nami w końcu najbardziej ekscytująca część naszej wycieczki – Kakadu National Park! Nie do końca wiedzieliśmy czego się możemy spodziewać – głównie liczyliśmy na to, że będzie tam mnóstwo krokodyli i wielkich skaczących jak na sprężynach kangurów (tych, co taranują samochody w australijskim outback).



Jak się okazało, ów park jest czymś więcej. To nie tylko miejsce, które jest na liście UNESCO i w którym można spotkać niesamowicie rzadkie zwierzęta i rośliny. To przestrzeń wspólnie nadzorowana przez ‘białych Australijczyków’ i rdzennych mieszkańców tych terenów, Aborygenów, którzy żyją tam nieprzerwanie od ponad 40 tysięcy lat. Oficjalnie utworzono go w 1979 roku. W parku sporo jest miejsc, które są wciąż w tradycyjny sposób zamieszkiwane przez Aborygenów, gdzie odbywają się ich ceremonie, miejsca, gdzie żyje się w prawdziwym buszu bez telefonów komórkowych, prądu, telewizji i lodówek. To niesamowite, gdy zdamy sobie sprawę, że mamy szanse zobaczyć miejsca, gdzie mieszka najstarsza żyjąca kultura świata. Sam park jest ogromny – jego rozmiar to blisko 20 tysięcy kilometrów kwadratowych (czyli aż jedna trzecia Tasmanii). Co prawda, gdy wjedziemy do parku nie od razu widać znaczącą różnicę między tym krajobrazem z ulicy, a tym z parku. Po przejechaniu jednak kilkuset kilometrów ma się wrażenie, że jest się w samym środku filmu wyprodukowanego przez National Geographic. Całe mnóstwo ptaków, które rzadko można zobaczyć gdzie indziej. Nie wspomnę o ogromnej ilości krokodyli słonowodnych - do tego stopnia, że praktycznie wszędzie można natknąć się na takie znaki. 



Hmmm…i lepiej uważać, bo krokodyle są w tej części Australii naprawdę niemal wszędzie! Sporo też tradycyjnej sztuki aborygeńskiej – malowidła naskalne, galerie, w których można nabyć autentyczną sztukę stworzoną przez Aborygenów a nie w Chinach. 

zdj 

Piękne trasy, widoki… Aż nie chce się jechać dalej. To takie trochę poczucie bezczasowości – spokój, dzikie zwierzęta, piękna pogoda… zdj Pojechaliśmy jednak i zaplanowaliśmy, że udamy się w rejs po słynnych wodach Yellow Water. To unikalne miejsce, w którym można spotkać niesamowite okazy zwierząt żyjących na wolności.Widoki były niesamowite! Nie trzeba było czatować z aparatem na zwierzynę – wszędzie pełno było okazów, których próżno szukać gdzie indziej. 









I oto kolekcja z krokodylami:









Po tych widokach rodem z filmów przyrodniczych ruszyliśmy dalej – czasu zostało niewiele, a tyle jeszcze przecież zaplanowaliśmy do zobaczenia…o kolejnych miejscach w Northern Territory już w kolejnej części!

czwartek, 17 lipca 2014

Australijski Outback, czyli podróż po Northern Territory - część 4

W związku z tym, że godzina była jeszcze młoda, postanowiliśmy ambitnie dojechać jeszcze tego samego dnia do Jabiru aby zostać tam na noc. To dość interesujące miejsce – wybudowane w latach 80-tych pośrodku niczego (choć w kontekście Australii nie brzmi to wcale nietypowo). To maleńkie turystyczne miasteczko graniczące z Kakadu National Park i w pobliżu kopalń (sektor górniczy działa niesamowicie prężnie w tym rejonie Australii). Uznaliśmy, że nawet jak będzie ciemno, to przecież możemy jechać, jaki to problem! W dobrych nastrojach ruszyliśmy przed siebie – czekało nas 300 km do przejechania, na warunki lokalne to po prostu przejażdżka. Niekiedy termin' droga' był taki trochę na wyrost - zwykle jezdnia wyglądała mniej więcej tak:



Samochodów nie było za wiele, rozkoszowaliśmy się więc naszą przejażdżką. Jeżeli już jakiś się pojawiał, to był to zwykle niesamowicie popularny w Australii tzw. road train - kilkuwagonowy tir, który pokonywał tysiące kilometrów jeżdżąc po całym kontynencie przewożąc paliwo, węgiel i różne inne artykuły. Waga takich pociągów asfaltowych sięga do 200 ton. Szczególnie często można je spotkać w outback, na trasach w Northen Territory, Western Australia czy South Australia. Oto jak wygląda taki road train:



Jadąc tak przed siebie napotkaliśmy stację benzynową, gdzie mój towarzysz postanowił zakupić kolejną płytę AC/DC – by, dla urozmaicenia, katować mnie innymi rockowymi brzmieniami. Pan na stacji ze zdziwieniem przyjął wiadomość, że kierujemy się aż do Jabiru. ‘Nie jest bezpiecznie jechać tak po nocy, zwierząt dużo, szczególnie teraz podczas pory suchej’. Zignorowaliśmy ten komentarz tłumacząc sobie, że przecież drogi są oświetlone, auto ma światła to co się może stać. Gdy zaczęło się delikatnie ściemniać zupełnie zapomnieliśmy o tym, co nam powiedział ów Pan - zachwycaliśmy się wspaniałym zachodem słońca. Te kolory były wprost nieziemskie! 



Po zachodzie słońca ze zdziwieniem odkryliśmy, że większość dróg w tym rejonie jest nieoświetlona. Czyli może dlatego nie widzieliśmy na drodze zbyt wiele aut…Powoli zaczęło do nas docierać, że jesteśmy niemal na pustyni i w totalnej dziczy, a kawałek asfaltu niewiele zmienia. Zrobiło się ciemno i jazda stała się dość nerwowa – tu i ówdzie zaczęły pojawiać się różne zwierzęta. Musiałam wykazywać się wielką ostrożnością aby nie wjechać przypadkiem w jakiegoś czworonoga. Wyglądało to trochę jak przejażdżka po zoo. Gdy tak powoli zbliżaliśmy się do celu naszej podróży nagle z daleka zobaczyliśmy coś wielkiego na jezdni. Nie wiedzieliśmy co to może być, ale wyglądało to na jakiegoś olbrzyma – Kangur? Krowa? Aborygen? Zrobiło się naprawdę nerwowo – kompletnie nie wiedziałam, co mam zrobić. Zatrzymać się? Ominąć to coś? A może jechać dalej i liczyć na to, że ten olbrzym zejdzie z drogi? Niewiele było czasu na ocenę sytuacji, w związku z czym jechałam dalej. Gdy już byliśmy naprawdę blisko okazało się, że zwierzęciem był wielki bawół, który w ostatnim momencie uskoczył nam z drogi. Przeżycie było ogromne – w końcu niecodziennie można spotkać się niemal oko w oko z dzikim bawołem…jak się potem okazało, w tym regionie można je napotkać, zwłaszcza po zmroku, gdzie wygrzewają się na nagrzanym asfalcie. Zwykle ich waga to 250-550 kg. Gdy pojawiają się na jezdni są one dość niebezpieczne i z łatwością mogą zniszczyć samochód, który pojawi się na ich drodze. Mieliśmy więc szczęście, że nic nam się nie stało, zderzyć się z bawołem to jak uderzyć w ceglany mur. Niedługo potem dotarliśmy do Jabiru. Ulokowaliśmy się na wygodnym kempingu i stwierdziliśmy, że po takich przeżyciach to tylko bar nam może dobrze zrobić. Mieliśmy zaplanować też co będziemy robić w Kakadu i ile tu zostajemy. Nim się obejrzeliśmy siedzieliśmy przy basenie w towarzystwie rzeszy turystów sączących zimne drinki dla ochłody (nawet w nocy było zbyt gorąco). Tego nam było potrzeba po tym długim i pełnym wrażeń dniu. W kolejnym poście o wizycie w niesamowitym Kakadu National Park!